WYDZIAŁY
Poprzednia wersja strony

Czegoś się nie da? Takie słowa nie istnieją.

Justyna Drewnowska, świeżo upieczona pani doktor biologii UwB. Bardzo kobieca, delikatna, często się uśmiecha. Dopiero kiedy wstaje, widać, że nie jest w pełni sprawna. Dziś porusza się już samodzielnie, ale ma za sobą kilka lat na wózku inwalidzkim i o kulach. Kiedy zdarzył się wypadek, miała 16 lat.

- Nie wyobrażam sobie siedzenia w domu i nicnierobienia. Dla mnie to jest kalectwo. Osoby fizycznie zdrowe, które siedzą i nie robią nic ze swoim życiem - to jest niepełnosprawność. – podkreśla. – Ja dziś nie mam czasu na myślenie o tym, czy jest ciężko, czy nie. Najtrudniej było mi wtedy, gdy nie mogłam znaleźć pracy. To był czas, gdy zastanawiałam się, czy jestem cokolwiek warta, skoro nikt mnie nie chce zatrudnić? Ale jeśli chodzi o niepełnosprawność - przyzwyczaiłam się. Od wypadku minęło już prawie 16 lat i dla mnie to dziś normalny stan. 

Pochodzi z Hajnówki, do Białegostoku przyjechała na studia. Jest pierwszą absolwentką studiów doktoranckich na Instytucie Biologii UwB z obronionym stopniem naukowym (doktorat obroniła 10 listopada br. – z wyróżnieniem).Pracę doktorską poświęconą bakteriom Bacillus cereus sensu lato napisała w języku angielskim. Doktorat zrobiła w ciągu pięciu lat. Cztery lata studiów doktoranckich i rok pisania pracy.  Szybko? Dla niej – normalnie. Kiedy opowiada o swoich badaniach, mówi szybko, z pasją, z emocjami.

- Bacillus cereus sensu lato to dość kontrowersyjna grupa bakterii, mają znaczenie ekonomiczne i medyczne; wśród nich są bakterie chorobotwórcze, albo stosowane jako środki owadobójcze. Jest problem z ich klasyfikacją – przerywa tylko na chwilę oddechu. Co takiego jest w tych bakteriach, że są tak porywające? I ile musiała włożyć pracy w badania, by po 5 latach obronić doktorat?

– Przez pierwsze dwa lata studiów doktoranckich wszystkie święta i weekendy, od rana do nocy, spędzałam w laboratorium. Czasami nawet zostawałam na noc, budziłam się co pół godziny i notowałam pomiary. To był poważny wysiłek fizyczny. Trzeci i czwarty rok studiów doktoranckich to było już więcej pisania. Było spokojniej – wspomina. – W międzyczasie otrzymałam jeszcze grant PRELUDIUM z Narodowego Centrum Nauki dla początkujących naukowców, w ramach którego badałam szczepy syntetyzujące melaninę. Te badania naprawdę są wciągające! Odkąd pamiętam, zawsze chciałam pracować przy mikroorganizmach. Może dlatego, że mniej mnie przerażają niż ludzie? Mam problem w kontaktach z ludźmi, a w laboratorium sobie świetnie radzę. Należę do tych naukowców, którzy wolą siedzieć w laboratorium i spokojnie pracować. Nie przepadam natomiast za wystąpieniami publicznymi czy opowiadaniem o nauce szerokiej publiczności. Tu, w laboratorium, czuję się bezpiecznie.

Miała 16 lat, gdy doszło do wypadku. Energiczna licealistka - i diagnoza: złamany kręgosłup. Pierwsze lata po wypadku spędziła na wózku inwalidzkim.

- W takich chwilach ludzie bardzo się zmieniają – dorośleją w ciągu tygodnia. I wtedy są tylko dwie drogi: albo człowiek jest na tyle silny, że jest w stanie coś zrobić ze swoim życiem mimo trudności, albo się załamuje. Ja miałam znajomych, którzy ze szpitala wyciągnęli mnie na koncert i nie pozwolili siedzieć w domu. Potem były kolejne koncerty podczas przepustek szpitalnych – i nie myślałam o swoim stanie, tylko o muzyce, znajomych. Przez cztery lata jeździłam na wózku – ale nie pamiętam, żebym miała choć jeden dłuższy moment załamania. Na pewno bardzo pomogło mi otoczenie – rodzina, znajomi. Bez nich nie byłoby tak łatwo.

Jednak gdy zaczynała studiować w Białymstoku, była dziewczyną z małego miasta, niepełnosprawną – poruszała się już wtedy o kulach. Mogła nie unieść tej zmiany, nie poradzić sobie z samotnością, nauką, i ciągłym, codziennym pokonywaniem fizycznych barier. A jednak – udało się.

- Kiedy wybierałam kierunek studiów,  wszyscy mówili mi – tylko nie biologia! Osoby niepełnosprawne fizycznie przeważnie wybierają studia, które potem gwarantują im pracę przy biurku, administracyjną. Bliscy uprzedzali mnie, że biologia to będzie ciężka fizycznie praca – dla mnie niewskazana. Natychmiast postanowiłam zrobić im na przekór – i pokazać, że dam radę. Biologia to był mój jedyny wybór.

O tym, że studia będą prawdziwym wyzwaniem, przekonała się, gdy przyjechała złożyć dokumenty na studia – i zobaczyła poprzednią siedzibę Instytutu Biologii przy ul. Świerkowej.

- Żadnych udogodnień dla osób niepełnosprawnych, wszędzie schody, nawet przy głównym wejściu do budynku. A przecież jeszcze wtedy  jeździłam na wózku. Ale dałam radę. I okazało się, że to była dla mnie niezła rehabilitacja – śmieje się.

Teraz, kiedy wydział mieści się w nowym kampusie Uniwersytetu w Białymstoku – codzienność wygląda zupełnie inaczej.

-  To są zupełnie inne światy w porównaniu do Świerkowej. Z perspektywy osoby niepełnosprawnej na kampusie jest wszystko, co potrzeba: windy, podjazdy, przy wejściach do budynków nie ma schodów. Komfort pracy tutaj jest wręcz nieporównywalny!

Kiedy pytam Justynę, czy jest silną kobietą, nie używa dużych słów:

- To wszystko zależy od charakteru. Ja zawsze lubiłam wyzwania. Zawsze byłam też trochę niepokorna, robiłam po swojemu, nie można mi było powiedzieć, że czegoś się nie da zrobić albo że nie wolno – natychmiast próbowałam. Uważam, że warto pokonywać trudności i ciągle iść do przodu. Kiedy widzę ludzi po wypadkach, którzy zamykają się w domach i praktycznie z nich nie wychodzą, mają tylko komputer – nie wyobrażam sobie tego. Mój mąż też jest po wypadku, jeździ na wózku i ma takie same podejście do życia jak ja: słowa, że czegoś się nie da, dla nas po prostu nie istnieją. 

Doktorat obroniony, ale Justyna nie traci czasu na świętowanie – już pisze kolejny projekt, który jeszcze w tym roku zamierza złożyć do Narodowego Centrum Nauki. Na razie nie chce zdradzić szczegółów.

O czym marzy Justyna, kiedy nie myśli o dalszych badaniach nad mikroorganizmami? Planuje z mężem podróż trasą nad Adriatykiem – samochodem. Ukochany pies, bokser, nie wiadomo jeszcze, czy pojedzie, ale Adriatyk wzywa. I dziś, kiedy Justyna ma choć chwilę wolną od pracy, marzy o tej podróży.

 

Anna Mierzyńska