WYDZIAŁY
Poprzednia wersja strony

Marzanna Morozewicz: Wszystko jest autobiograficzne

Na indywidualną wystawę prac Marzanny Morozewicz „Widok zapożyczony” w lubelskiej Galerii Biała przyszła 60-letnia pani, która nie wyglądała na bywalczynię wernisaży. Obejrzała wszystkie prace dokładnie, a potem spłakana i wzruszona podeszła do artystki, by jej opowiedzieć o tym, co przeżyła i podziękować.

- Ta wystawa była i dla mnie bardzo osobista, ale ona o tym nic nie wiedziała, a jednak bardzo trafnie odebrała przekaz – mówi prof. Morozewicz. – Zwierzyła się, że moje prace obudziły w niej jakieś zapomniane pokłady wspomnień i uczuć, przypomniały jej rodzinę, dzieciństwo, dom w Hrubieszowie, a nic tam nie było powiedziane wprost, żadnych podpisów, tytułów. Też byłam wzruszona. Myślałam potem bardzo długo o tym, że w skupieniu i w samotności „moszczę” te swoje przedmioty, tekstylia i obrazy (mam pracownię w bloku, w piwnicy), gdzieś to od czasu do czasu pokażę, a na wystawę przychodzi człowiek z ulicy i dla niego jest to silne przeżycie, doświadczenie emocjonalne, otwiera się w nim jakieś okno na własną intymną przestrzeń. Myślę, że o to właśnie chodzi w sztuce: by nieustannie otwierać przestrzeń wewnętrzną.

Obraz z żydowskiego kołnierza

Dr hab. szt. Marzanna Morozewicz, prof. UwB jest uznaną artystką. Ma na swoim koncie wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych. Pokazywane były w tak prestiżowych miejscach jak m.in. warszawska Zachęta, białostocki Arsenał, Instytuty Polskie we Francji i Niemczech.  Ale ta wystawa w lubelskiej Galerii Biała (gdzie także prezentowała swoje prace wielokrotnie) była szczególna. Powstała wkrótce po śmierci ojca.

- Porządkowaliśmy taty rzeczy. Była wśród nich pelisa, taki płaszczyk o przedwojennym kroju, podbity futerkiem, z kołnierzem z wydry. Niezwykle archaiczna rzecz, ale ojciec nosił ją odkąd pamiętam, przerabiał i znowu nosił. Zapytałam: co to jest? – opowiada. - Okazało się, że podczas niemieckiej okupacji babcia przez dziurę w ogrodzeniu białostockiego getta, gdzieś w okolicach ul. Czystej, przekazywała Żydom żywność, a oni dawali jej jakieś wartościowsze rzeczy do spieniężenia albo żeby się odwdzięczyć. Któregoś razu dali babci tę pelisę. Nikt jej nie kupił, nikt jej nie nosił. Dopiero po wojnie ojciec zrobił sobie z niej palto. Pomyślałam wtedy: jakaż historia! Myśliwy ustrzelił tę wydrę w latach 20. albo 30., została kołnierzem i nosił ją jakiś zamożny Żyd. Sprzedana za ziemniaki czy chleb, być może uratowała kogoś przed śmiercią głodową, a potem grzała mojego ojca. Postanowiłam, że tej rzeczy nie można ot tak wyrzucić. Kołnierz wyprułam i wszyłam w obraz. Futro zostało przykryte jeszcze tiulową zasłonką. Trzeba ją podnieść, żeby zobaczyć wydrę. Ta 60-letnia kobieta stała przed tym obrazem bardzo poruszona, a przecież nic nie wiedziała o całej historii, nic jej nie opowiadałam, obraz nie był zatytułowany, bo nie chciałam sugerować odbiorcom tropów interpretacji. A ona jednak zrozumiała moje emocje i to jest prawdziwy kosmos…

Studia i pasja

Odkąd pamięta była dzieckiem rysująco-malującym. Parę najwcześniejszych prac kilkuletniej Marzanny, zachowało się dzięki przytomności rodziców. Chciała iść do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu, ale były wtedy ciężkie lata 80. i rodzina się  nie zgodziła. Uczyła się więc w II LO w Białymstoku. Nauczycielem plastyki był tam Józef Zdziech, słynna postać białostockiej bohemy. Zapisała się do niego na zajęcia pozalekcyjne i naturalnym było, że dalej pójdzie drogą kształcenia artystycznego. Dostała się na studia plastyczne na UMCS w Lublinie. Nie miała obaw, że wybierając studia artystyczne nie zarobi na chleb. To były inne czasy.

- Studia wybierało się  raczej z pasji i upodobania. W dalszej kolejności liczyło się to, czy po tym kierunku będę mieć dobrze płatny zawód - wspomina. - Na pierwszym roku różnica między mną, a osobami po szkołach plastycznych była spora.  Oni mieli większe umiejętności, opanowaną technikę, ale to ja miałam lepsze oceny, choć robiłam warsztatowo słabsze prace. Wykładowcy tłumaczyli, że to dlatego, iż nie posługuję się znanymi kodami, nie mam rutyny, podchodzę do zadanego tematu świeżo i bardziej kreatywnie niż inni studenci. Malarstwo autentycznie mnie pochłaniało, techniczne braki szybko nadrobiłam. 

Dr hab. szt. Marzanna Morozewicz, prof. UwB (doktorat i habilitację obroniła na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie) zauważa też artystyczne pasje wśród niektórych swoich studentów Wydziału Pedagogiki i Psychologii UwB, gdzie wykłada o sztuce. Choć widzi, że bardziej w swoich zawodowych wyborach kierują się teraz rynkowymi realiami i wygodą. Ale jest też grupka zapaleńców. Z myślą o nich na kierunku "Pedagogika" powstała nowa specjalność "Edukacja wizualna", po ukończeniu której absolwenci będą uzyskiwali uprawnienia nauczycielskie do prowadzenia zajęć plastycznych w szkołach, w domach kultury i innych placówkach oświatowych.

Międzywydziałowy Instytut Kulturoznawstwa i Sztuki

W bliskich planach pracowników kulturoznawstwa działających na dwóch wydziałach UwB, a także władz Uczelni jest utworzenie Międzywydziałowego Instytutu Kulturoznawstwa i Sztuki na UwB. - Wszystkie dokumenty zostały już złożone i czekamy na decyzję Rektora. Mam nadzieję, że formalności wkrótce zostaną dopełnione i wreszcie powstanie w Białymstoku Instytut, który z czasem zapewne zaproponuje uniwersyteckie studia artystyczne dla osób zainteresowanych sztuką. Byłaby to wyjątkowa oferta w północno-wschodniej Polsce. Na Wydziałach mamy świetnych specjalistów: teoretyków, ale i doświadczonych praktyków, co powinno być teraz w cenie.

O karnawale i o poście

Marzannę Morozewicz często klasyfikuje się jako przedstawicielkę nurtu kobiecego w sztuce. Nie zgadza się z tym. Jest przeciwna klasyfikacji sztuki na kobiecą i męską. Choć zauważa, że jako kobieta-artystka ma trudniej, bo musi zmagać się ze stereotypami, reagować, kiedy słyszy np.:  prace kobiet odeślemy do bloku B, bo tam jakieś tkaniny, piórka, lusterka.

- W istocie nie czuję się artystką sztuki kobiecej, a już na pewno nie feministycznej – mówi. - W moim przekonaniu to, co robię, jest uniwersalne, nie odnosi się do żadnego prądu, nie jest w mainstreamie świata sztuki, nie jest też komentarzem do bieżącej rzeczywistości społeczno-politycznej. Ale jest w tej sztuce i o karnawale, i o poście, o śmierci i o euforii życia.

O tym ostatnim opowiada praca z 2016 roku, eksponowana w Galerii Biała w ramach zborowej wystawy „DADA tak? tak!” Są tam żarty, prowokacje, rozbuchanie, odniesienia do seksualności, ale obrazy Marzanny Morozewicz z lat 90. były zupełnie inne, wręcz medytacyjne, nawiązujące do malarstwa Marka Rothko, nakłaniające do kontemplacyjnego patrzenia na płótno.

- Nie mam założenia, że będę tworzyła sztukę kobiecą albo medytacyjną, albo jakąkolwiek inną – mówi. – To, co w danym momencie realizuję związane jest z moją osobistą narracją, z tym co mnie interesuje, pociąga, zachwyca, a może być też ciekawe i ważne dla innych. Wszystko co robimy, jest autobiograficzne. Jeśli nie odnosi się do nas samych, do naszego życia, to na pewno do przodków, do miejsca, w którym żyjemy, do tradycji.

 Urszula Dąbrowska

Więcej informacji o twórczości artystycznej Marzanny Morozewicz mozna znaleźć na jej autorskiej stronie: http://www.mamo.art.pl/

Od 7. kwietnia do 7. maja 2017 roku prace Marzanny Morozewicz będzie można obejrzeć na wystawie indywidualnej w białostockiej Galerii Sleńdzińskich przy ul. Legionowej 2 

  

Na zdjeciu Marzanna Morozewicz przy swojej pracy zatytułowanej „Stół obfitości/Table d'abondance”, prezentowanej w lubelskiej Galerii Biała podczas wystawy zorganizowanej z okazji stulecia ruchu dadaistycznego pt. „DADA tak? tak!” w 2016 roku