Nie jesteśmy w stanie wyłapać każdą porcję dezinformacji. To, co jest najłatwiejsze i najtrudniejsze zarazem: spróbujmy ograniczyć media społecznościowe jedynie do roli pewnego rodzaju rozrywki, z której nie czerpiemy informacji o świecie

08.01.2026
Kamil Goryn

O tym, czym jest dezinformacja i dlaczego dezinformatorzy są zawsze krok przed nami, o weryfikowaniu newsów, emocjach w mediach społecznościowych i rzetelnych źródłach informacji, o cyberbezpieczeństwie i sztucznej inteligencji, a także o roli nauki w budowaniu odporności na dezinformację - mówi dr Kamil Goryń ekspert ds. bezpieczeństwa i prodziekan Wydziału Stosunków Międzynarodowych UwB. Zapraszamy do wysłuchania podcastu. 

 (zredagowany zapis rozmowy)

 

Co to jest dezinformacja? Czy istnieje jej oficjalna definicja?

 

Dr Kamil Goryń, ekspert ds. bezpieczeństwa i prodziekan Wydziału Stosunków Międzynarodowych UwB: Nie wiem, czy chciałbym wchodzić w kierunku oficjalnych definicji, nieoficjalnych definicji, tego, czy będziemy mówić o dezinformacji, misinformacji, fake newsach, trollach. Tak naprawdę to wszystko się rozbudowało i jednocześnie rozmyło, jeśli chodzi o nasze postrzeganie tego zjawiska. Poszedłbym być może w kierunku takiego bardziej intuicyjnego zrozumienia: czyli są to informacje, które przedstawiają rzeczywistość inną, niż ona jest. Czy intencjonalnie, czy nieintencjonalnie - jest to sprawa wtórna. W tej definicji jest niestety jeden problem. Jest bardzo, ale to bardzo szeroka, więc właściwie może się okazać, że w odpowiednim kontekście każdy z nas powiela dezinformację.

 

Na pewno nie jest nowym zjawiskiem. Już w starożytności rozpowszechnianie fałszywych informacji było bardzo popularną metodą wojny. Przykładem jest koń trojański. Kilkadziesiąt lat temu modnym słowem była propaganda. Teraz wszyscy już mówimy o dezinformacji. Mówimy dosłownie, bo to jeden z najpopularniejszych tematów ostatnich miesięcy. Ostatnio usłyszałam o tsunami dezinformacji. Zgadza się Pan z tym określeniem?

 

Nie wiem, czy akurat teraz będziemy mówili o tsunami dezinformacji. Rzeczywiście dezinformacja, wprowadzanie innych w błąd - zwłaszcza to w takie zorganizowane, ustrukturyzowane w kontekście relacji międzynarodowych czy zdobywania przewagi nad przeciwnikiem - było z nami obecne od wieków. Już Sun Tzu pisał o tym, że wystarczy pokonać strategię przeciwnika, swoją strategią, wprowadzając go w błąd. Mamy więc już pewnego rodzaju skodyfikowany przekaz, jak tę dezinformację rozprzestrzeniać, ale zmieniły się sposoby, w jaki pozyskujemy informacje. Media tradycyjne nie są już z nami obecne na co dzień. Obecne są z nami na co dzień nasze smartfony. I w tych smartfonach mamy media społecznościowe, w których ta informacja jest rozprzestrzeniana bardzo szybko. Razem z informacją rozprzestrzeniana jest też dezinformacja. Problemem głównym jest to, że o ile oczywiście możemy bardzo wiele zarzucić tym mediom klasycznym, tradycyjnym, możemy pomstować na to, że redaktorzy nie przekładają się należycie do weryfikowania źródeł informacji, o tyle ten proces weryfikacji informacji jednak występuje.

 

Zdarza się jednak, że media tradycyjne ścigają się na newsy z mediami internetowymi i bardzo często liczy się szybkość, a nie jakość informacji.

 

Szybkość i emocje, a tak naprawdę liczą się zasięgi.

 

Dokładnie.

 

To jest wszystko ze sobą powiązane, a rzetelna informacja potrzebuje czasu. My musimy tę informację odebrać, przeanalizować, zweryfikować, zestawić ją z innymi źródłami i ostatecznie zmodyfikować w oparciu o uzyskany komplet informacji, zanim je wypuścimy dalej: opublikujemy polajkujemy, udostępnimy cokolwiek, prawda? W mediach społecznościowych natomiast coś ktoś gdzieś słyszał, coś gdzieś widział, tworzy post, wrzuca na X vel Twittera, na Facebooka, nagrywa rolkę na Instagrama, na TikToka - gdziekolwiek byśmy sobie na to nie popatrzyli - i ta informacja już trafia w obieg, już dociera do innych osób. Już te osoby ją odbierają, reagują, być może nawet udostępniają dalej i… no właśnie: czasu na weryfikację nie ma absolutnie żadnego. Można powiedzieć zupełnie szczerze, nawet miejsca na weryfikację nie ma. Weryfikacja jest robiona w oparciu o mądrość ludową i algorytmy, to można powiedzieć w ten sposób., Co to będzie oznaczało? To będzie oznaczało, że jeśli informacja nie jest popularna, nie spotyka się z odpowiednio intensywnymi reakcjami odbiorców, to odchodzi w cień, jest spychana troszeczkę dalej, nie wyświetla się tak wielu osobom. Natomiast ta mądrość platform społecznościowych oparta jest o to, jak duże emocje ta informacja wywołuje. Więc jeśli wywoła dużo emocji, jeśli przyciągnie odbiorców, będą kliki, będą lajki, będą udostępniania czy komentarze, to ona będzie robiła kolosalne zasięgi. I niestety tu jest ta pułapka, bo rzeczywiście emocje to jest coś, co absolutnie nie pomaga nam w racjonalnym odbiorze informacji, z którymi się stykamy.

dsc04999_kopia.jpg

 

Wielu użytkowników internetu, udostępniając jakąś informację, często nie ma absolutnie wiedzy, tak, że jest to feake news, że jest to nieprawdziwa informacja. Ale rozumiem, że jest też grupa zorganizowana, która specjalnie wpuszcza do sieci te nieprawdziwe informacje?

 

Jak najbardziej i to nie jest jedna grupa.

 

Kto tworzy taką grupę i dlaczego?

 

Trudne pytanie - troszeczkę bym powiedział – niepolitycznie, ale zacznijmy od tych najbardziej oczywistych. Musimy pamiętać, że dezinformacja jest świetnym narzędziem wpływu. Dezinformacja - ta zorganizowana, celowa, planowa - jest wymierzona bardzo często w nas, jako społeczeństwo. W tej sytuacji adwersarzem często są kraje zza naszej wschodniej granicy, które chcą zasiać niepewność, niepokój. One w tym zakresie nie wybierają sobie jednego wąskiego tematu, tylko to jest bardzo szeroki zakres tematów. Może to być dezinformacja dotycząca medycyny – np. po to, żeby promować jedną czy drugą szczepionkę przeciwko Covidovi co miało już miejsce wcześniej albo wskazywać, iż szczepionki robione są z martwych płodów, żeby właśnie obniżyć popularność szczepień.

Może to być dezinformacja dotycząca tego, jak my odbieramy sytuację międzynarodową, wpływanie na nasze poczucie bezpieczeństwa: chociażby niedawno omawiana sytuacja, kiedy w naszą polską przestrzeń powietrzną wyleciały drony ze Wschodu. I z jednej strony oczywiście pojawiła się dezinformacja, że to wcale nie są rosyjskie drony, tylko ukraińskie, a może białoruskie, a może w sumie nie wiadomo co do nas wleciało, a może nic nie wleciało, z drugiej strony sam przelot dronów był takim elementem stanowiącym pożywkę dla tej dezinformacji. Jeszcze inny obszar, będzie dotyczył kwestii tożsamości kulturowej, narodowej tego, że homogeniczne, jakby nie było, społeczeństwo polskie nagle stanie się takim społeczeństwem wielokulturowym, jak na Zachodzie i do jakichś strasznych sytuacji, by to nie doprowadziło. Więc tak, ta dezinformacja planowa, zorganizowana pojawia się jak najbardziej. My jako społeczeństwo jesteśmy jej celem, bo to na nas wywiera się wpływ - o tym nie możemy zapomnieć.

Są prowadzone badania, jak wiele osób uważa, że stykało się z dezinformacją. I wynik inny niż 100% pokazuje, że - na przykład: jeśli 80% respondentów wskazało na to, że stykało się z dezinformacją – to znaczy, że 20% respondentów zetknęło się z dezinformacją, ale nie miało świadomości tego, że się z nią zetknęło.

Skąd ona się bierze: ta dezinformacja zorganizowana, planowa? Bierze się na przykład z polityki wewnętrznej w kraju. Jeśli będziemy mieli bardzo duże podziały polityczne, będziemy bardzo duże spory polityczne obserwowali, to zaobserwujemy też niewątpliwie w wielu miejscach - w mediach społecznościowych - dość agresywnie wypowiadające się osoby. Teraz podstawowe pytanie: czy to są prawdziwe osoby, czy to może są chociażby wyspecjalizowane farmy troli, które będą popierały jednego polityka i w jakiś sposób starały się zaszkodzić innemu politykowi? To już jest nasza wewnętrzna, z naszego podwórka dezinformacja. To są politycy z partii funkcjonujących obecnie w kraju, którzy dbają o to, żeby możliwie skutecznie zdezinformować wyborców, ludzi, którzy na nich głosują albo głosują na opozycję.

 

I jeszcze bardziej podzielić społeczeństwo.

 

Tak, jak najbardziej.

 

Rozumiem, to jest jeden z celów dezinformacji?

 

Zdecydowanie. Teraz spójrzmy na to jeszcze z innej perspektywy. Są zewnętrzni adwersarze, aktorzy, którzy chcą wpływać na to, co się dzieje u nas, w Polsce - naturalnie patrzymy na Wschód i oczekujemy działań, może nie tyle agresywnych, co działań przeciwko nam w jakiś sposób z tamtej strony – to nie możemy zapominać o tym, że kraje zachodnie to też są kraje, które mają jakieś swoje wewnętrzne interesy. One też z tych samych narzędzi mogą korzystać. Jeśli ktoś się zastanawia, jak to działa, to wystarczy sobie przybliżyć strukturę własności poszczególnych platform społecznościowych i zastanowić się, dlaczego te olbrzymie platformy, mające miliardowe budżety, nie są w stanie poradzić sobie z no właśnie zalewem trollkont, zalewem botów, zalewem nawet płatnych scamów - scamów, które pojawiają się, wyświetlają się wszystkim użytkownikom danej platformy społecznościowej, ponieważ zostały opłacone. To były wykupione reklamy, więc najzwyczajniej w świecie z jednej strony przestępcy mogą na tych platformach kupować sobie te reklamy, które nakłaniają użytkowników do tego, aby - no właśnie - przelewali swoje pieniądze w niepewne inwestycje. To też jest pewnego rodzaju pokaz tego, jak dużo jest do zrobienia ze strony krajów zachodnich, które też mogą nas w sposób zorganizowany dezinformować. Daleko nie szukając - chociażby wypowiedzi ambasadorów krajów zachodnich, które pojawiają się na Platformie X. Ostatnio jeden z ambasadorów wypowiedział się odnośnie innowacyjności i tego co się stanie z tą innowacyjnością i Unią Europejską, jeśli wprowadzimy przepisy w jakiś sposób próbujący kontrolować Bik Techy zachodnie. To też bym odczytywał w kategorii takiej formy wywierania wpływu i dezinformacji z jednej strony. Ale te same wielkie koncerny technologiczne, które też mają swoje interesy, im się dezinformacja opłaca, im się emocje opłacają, bo to przyciąga nas do smartfonów.

 

Czyli z jednej strony wszyscy wiemy, że dezinformacja jest czymś złym. Z drugiej strony bardzo dużo osób po prostu z niej bardzo chętnie korzysta.

 

Oczywiście. To jest bardzo fajne, już można powiedzieć wysezonowane narzędzie do taniego, sprawnego manipulowania społeczeństwem. Więc my powinniśmy w pierwszej kolejności zastanowić się, czy chcemy poważnie traktować osoby, które to narzędzie wykorzystują w swoich działaniach. Z drugiej strony jest pewnego rodzaju pułapka, bo musimy pamiętać o tym, że tę dezinformację siać możemy też nieświadomie.

 

Dokładnie, tak jak wspomniałam wcześniej, udostępniając na przykład nieprawdziwe informacje na swoim profilu facebookowym. Czy są metody, sprawdzone sposoby na rozpoznawanie nieprawdziwych informacji?

 

Takich metod jest bardzo dużo, one są piekielnie energochłonne i nikt tego nie robi.

 

A gdybyśmy jednak mieli zachęcić - użytkowników internetu przede wszystkim?

Dlaczego w tak sarkastyczny sposób się wypowiadam? Bo niestety taka jest prawda. Bo co musielibyśmy zrobić? Zobaczymy w praktyce: trafia nam się na ekranie - nie idźmy na łatwiznę, weźmy ekran smartfona, tak, bo na smartfonie pewne rzeczy zrobić znacznie trudniej niż na komputerze stacjonarnym – wiadomość, czyli skrolujemy Facebooka, widzimy jakąś wiadomość. Wydaje nam się, że jest to wiadomość nieprawdziwa. Ok, to co robimy? No to pewnie klikniemy, żeby spróbować tę wiadomość odczytać, klikamy, reagujemy. Algorytm widzi: o kliknęliśmy, pewnie nam się podoba, bo nie przeskrolowaliśmy tego dalej, więc zapamiętuje na przyszłość: trzeba więcej takich informacji tobie wyświetlić, bo pewnie je lubisz. Ale czytamy tę wiadomość, czytamy treść artykułu, oglądamy rolkę i widzimy, że rzeczywiście coś tu nie gra, informacje się nie spinają. I teraz - żeby weryfikować każdą cząstkę informacji podaną w takim przykładzie, to musimy wejść do przeglądarki internetowej, wyszukać inne źródło, być może zobaczyć, skąd osoba przygotowująca ten przekaz czerpała informacje, zweryfikować, czy rzeczywiście to się pojawiło w tym oryginalnym źródle, często w innym języku napisanym.

Więc tutaj odwołujemy się znowu do kwestii kompetencji językowych, do tego, że musi nam się chcieć, a przeszukiwanie, weryfikowanie źródeł informacji zajmie nam nie 5-10 minut, ale raczej 50-100 minut. A to jest tylko jeden news, który nam się na wallu pojawił przy scrollowaniu. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że musimy poświęcić nieporównywalnie więcej energii na weryfikowanie takich informacji, niż po prostu udostępnienie albo zareagowanie w jakiś sposób.

dsc05056.jpg

 

Czy jest jakiś inny, mniej czasochłonny sposób na dezinformację, żeby jednak móc zareagować?

 

Musimy zrozumieć dwie rzeczy. Nasze zachowania na platformach społecznościowych będą analizowane przez te platformy nie fizycznie, tylko algorytmy to przeanalizują i będą dostarczały nam treści takich, na które reagujemy odpowiednio. Możemy klikać, że coś nam się nie podoba. Są takie funkcje, są takie możliwości, możemy kliknąć, że nie podoba się, ukryj, zablokuj. Jeśli widzimy gdzieś po prostu ordynarną dezinformację, możemy to najzwyczajniej w świecie wyłączać, wyciszać, żeby tej informacji w naszym feedzie, w mediach społecznościowych było jak najmniej. To jest pierwszy najprostszy sposób. Jeśli dociera do nas jakaś dezinformacja i widzimy, że ona jest rzeczywiście bardzo szkodliwa, możemy ją zgłosić do CERT (Zespołów Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego, ang. Computer Security Incident Response Team przyp. red.).

Na stronach internetowych CERT są odpowiednie formularze, tę dezinformację możemy zgłaszać do CERT Polska, do czego też serdecznie zapraszam, przy czym to już wymaga troszeczkę więcej pracy.

A to co jest i najłatwiejsze i najtrudniejsze zarazem - trochę taki paradoks, ale niestety lepszej recepty nie ma - spróbujmy ograniczyć media społecznościowe jedynie do roli pewnego rodzaju rozrywki, z której nie czerpiemy informacji o świecie a te informacje, które tam się pojawiają - zwłaszcza ze strony tych influencerów, czy losowych osób z internetu, które są specjalistami w zależności od tego, co akurat jest tematem wiodącym - traktujmy po prostu jako szum informacyjny.

Szukajmy informacji w sprawdzonych, rzetelnych źródłach i odejdźmy od mediów społecznościowych w tym zakresie. One w pierwszej kolejności nie do tego były stworzone, nie w tę stronę wyewoluowały, bo one cały czas ewoluują i tutaj musimy o tym pamiętać.

A na koniec po prostu miejmy świadomość, iż, niestety, nie jesteśmy w stanie ciągle być czujni, ciągle wszystkiego pilnować i wyłapać każdą porcję dezinformacji, z którą się spotykamy. Nasze siły, naszą energię zachowajmy do weryfikowania tylko tych tematów, które są dla nas istotne, bo to zjada naprawdę dużo czasu, dużo zasobów. I nie przejmujmy się, nie reagujmy emocjonalnie na wszystko, czego zweryfikować rzeczywiście nie jesteśmy w stanie w sposób szybki i łatwy.

 

Śledząc zawodowo i naukowo dezinformację, odnosi pan wrażenie, że dezinformatorzy zawsze są krok przed nami?

 

O, żeby tylko jeden krok! Jakbyśmy porównywali analizy tego, co się dzieje, w jaki sposób podchodzimy do dezinformacji, to my jedziemy furmanką, oni jadą Ferrari. I ten koń ciągnący naszą furmankę już ma zadyszkę. Ich Ferrari to będzie miało zaraz troszeczkę stacji benzynowych. Dlaczego? Dlatego, że przede wszystkim to, co się dzieje, to jest reagowanie. My reagujemy na dezinformację, która też pod względem formy ewoluuje. Analizujemy artykuły - to super świetnie. Tylko teraz dezinformacja będzie się pojawiała w rolkach, nagraniach, filmikach, podcastach. O właśnie, nagrywamy podcast, prawda? Jakbym nakłamał gdzieś w środku, to trzeba by było przesłuchać cały podcast i się zorientować, w którym momencie nakłamałem, jakoś to przeanalizować, zweryfikować. A to zajmuje czas - samo wysłuchanie tego podcastu, prawda?

Natomiast nasza walka z dezinformacją skupia się głównie na różnego rodzaju informacjach, treściach wizualnych, ale głównie tekście. Więc musimy pamiętać, że to ewoluuje. To się zmienia. Musimy się dostosowywać do środków przekazu, z których ludzie korzystają w chwili obecnej, bo to one służą do rozpowszechniania dezinformacji. Nie możemy zapominać o tych standardowych środkach przekazu, czyli rzeczywiście o artykułach różnego rodzaju, ale też o agenturze wpływu. Bo mówimy o mediach społecznościowych, mówimy o tym, że technologia poszła do przodu. Dezinformacja jest siana na lewo i prawo. Zapomnieliśmy wszyscy o agenturze wpływu, a ona dalej jest, dalej istnieje. To są dalej ludzie, którzy konkretne działania robią, nie zawsze w mediach społecznościowych. Więc z perspektywy naukowej moja konstatacja jest taka, że - tak - rzeczywiście od wielu lat dezinformacją zajmujemy się na różnych poziomach, jako społeczność naukowa również. Kiedyś myśleliśmy, że jak wszyscy będą wiedzieć, że dezinformacja jest, jest w nas wycelowana, to będziemy nabierali tej troszeczkę bardziej naturalnej odporności i będzie ona bardziej skuteczna. Praktyka pokazuje, że teraz wszyscy wiemy, że jesteśmy poddawani wpływowi takiej dezinformacji. I wcale nie zmniejsza jej skuteczności.

 

Dlaczego ludzie wierzą w fałszywe informacje, nawet gdy one są sprzeczne z faktami?

 

Jest dużo elementów psychologicznych, trzeba byłoby pewnie z jakimś psychologiem porozmawiać, żeby uzyskać więcej informacji na ten temat. Praktyka jest taka, że lubimy wierzyć w informacje, które są zgodne z naszym światopoglądem. Nasz światopogląd wcale nie musi odzwierciedlać rzeczywistości i to jest taki najprostszy przykład. Poza tym czym jest prawda? Czym jest rzeczywistość? To wszystko jest, idąc tak filozoficznie, pewnego rodzaju konstrukt, który mamy w głowie. Jeśli nasze postrzeganie świata sprawia, że za prawdę uznajemy coś, co dla kogoś innego wydaje się absurdalne, to nic nas nie przekona, także wskazywanie, że to ja wiem lepiej, niż ty. Musimy też mieć świadomość, że obecny świat jest piekielnie mocno pokomplikowany. Nie wiemy, jak on działa.

Daleko nie szukając, bierzemy smartfony, prawda, no i jak działa smartfon? Jak tu naciskam to dzieje się to, ok, ale co działa pod spodem? jak dotknę tego ekranu, to dlaczego on reaguje? Jak kiedyś mieliśmy telewizorki kineskopowe, można było macać ten telewizor dowolnie i co najwyżej szum był, jeśli grzebaliśmy przy antenie. A smartfon działa w określony sposób, mało osób wie, jak dokładnie działa smartfon. Ja też wiem tylko w przybliżeniu, precyzyjnie nie wiem, jak on funkcjonuje w środku, jak jest zbudowany. Nie wiemy, jak działa oprogramowanie, z którego korzystamy, bo to też jest piekielnie złożony produkt i musimy mieć świadomość tego, że my nie lubimy nie wiedzieć. Lubimy tłumaczyć sobie, jak działa świat - czasem nie mając dostatecznych kompetencji do tego, żeby to wytłumaczyć. Wracając do początku rozmowy: nie ma niestety tutaj takich prostych odpowiedzi. Po prostu jesteśmy ludźmi. Tak działamy.

 

Czy są grupy społeczne bardziej narażone na dezinformacje niż inne? Czy młodzi ludzie bardziej poddają się dezinformacji niż starsi czy odwrotnie?

 

Na pewno są pewnego rodzaju predyspozycje wskazujące, że niektórych łatwiej do dezinformacji przekonać, niektórym łatwiej tę dezinformację wtłoczyć do głowy. Ale proszę pamiętać, że to nie jest tak, że młode osoby są na dezinformację odporne, a osoby w wieku lat 50., 60. czy 70. plus to już są na tę dezinformację bardzo mocno narażone.

Dezinformacja przybiera różną formę w zależności od tego, do kogo dociera. To są inne narzędzia, ale dezinformacja - jako zjawisko - jest obecna w każdej grupie wiekowej. Rzeczywiście osoby, które - nie wiem - mają pewną łatwość w uwierzeniu w teorie spiskowe mogą na tę dezinformację być narażone bardziej. Tylko z drugiej strony trzeba by było zdefiniować, kto jest tą grupą, odnosząc się do przykładów z naszego podwórka i też siłą rzeczy do polityki, bo myślę, że nie uciekniemy od niej, rozmawiając o dezinformacji. Proszę zwrócić uwagę, jak wiele osób i z jaką łatwością miało skłonność do przylepiania łatki „moherowych beretów” czy też - nie wiem - wiary w jakieś zamachy, spiski, czy inne tego typu rzeczy. I jak wiele z tych osób, które przylepiały łatki wcześniej, bardzo szybko było w stanie uwierzyć, że w ramach prowadzonych, zorganizowanych działań udało się dokonać fałszerstw w skali całego kraju, jeśli chodzi o ostatnie wybory. To jest zastanawiające, prawda? Więc zastanawiając się, która z tych grup była bardziej podatna, może się okazać, że odpowiedzi nie będą zadowalające dla nikogo.

 

Dokładnie tak. Czy rozwój sztucznej inteligencji sprzyja dezinformacji, a może pomaga w jej zwalczaniu?

 

Jedno i drugie. Przede wszystkim rozwój sztucznej inteligencji, wspiera, ułatwia działania osób, które prowadzą działania dezinformacyjne, ułatwia kreowanie treści, rozpowszechnianie tych treści. One mogą się zmieniać, one mogą być bardziej zniuansowane, bardziej rozbudowane lub bardziej skrócone, przy czym (sztuczna inteligencja) tak samo pomaga w zwalczaniu dezinformacji, gdyż możemy te same narzędzia wykorzystywane do kreowania i rozpowszechniania dezinformacji, wykorzystywać do jej identyfikacji.

Na ten moment samo mówienie o sztucznej inteligencji jest pewnego rodzaju dezinformacją. O właśnie to jest element dezinformacyjny, który tutaj wpletliśmy, prawda? Bo ani ona nie jest sztuczna, ani ona nie jest inteligentna. Żeby zachować precyzję, to są duże modele językowe, tak zwane LLM, z których korzystamy, które wygenerowały wybuch popularności tego wszystkiego. To są rzeczywiście modele językowe, skrótowo określone mianem sztucznej inteligencji, ale pamiętajmy, że wcześniej mieliśmy różnego rodzaju sieci neuronowe. Rozwój badań nad szeroko rozumianą sztuczną inteligencją, rozpoznawaniem obrazów trwał od lat. To, z czym mamy teraz do czynienia, to powszechny, łatwy, tani dla nas odbiorców - nie dla inwestorów - dostęp do dużych modeli językowych, które mogą nam pewne działanie usprawnić, ułatwić na przykład generowanie tekstu. Właśnie dlatego się śmiałem, że jak zakończymy ten podcast takim podsumowaniem, jak to robi Chat GPT: jeśli ci się podoba, to to zostawię, jak nie to zmienię - ktoś może powiedzieć w ten sposób. Ale nawet dziennikarze rzeczywiście potrafią generować treści za pomocą sztucznej inteligencji. To uproszczenie, ale pozostańmy przy nim, bo będzie łatwiejsze dla naszej dalszej rozmowy. Tak ona ułatwia generowanie dezinformacji. Tak, ona ułatwia generowanie treści, które są łatwe, przyjemne w odbiorze i jednocześnie zawierają nieprawdę.

Bardzo często dezinformacja generowana przez sztuczną inteligencję, to nie jest coś intencjonalnego, bo ktoś chce napisać, być może jakiś artykuł na jakiś temat i trafi w tym obszarze na halucynacje, bo te duże modele językowe rzeczywiście potrafią halucynować, jeśli nie znają odpowiedzi, to ją wymyślają. I te odpowiedzi - tak jak bibliografia wymyślona - potrafią się pojawić w książkach. I tak - to jest dezinformacja, zderzamy się z nią coraz częściej. Dużym modele językowe są wykorzystywane w tym celu, ale, co warto zaznaczyć, duże modele językowe pozwalają również troszeczkę uprościć nam i zrobić dużą część naszej ciężkiej roboty i mozolnej, związanej z weryfikowaniem źródeł informacji. Dlaczego? Bo są świetne, na przykład w streszczaniu informacji. Jeśli byśmy poprosili kogoś o transkrypcję naszego podkastu, tej naszej rozmowy, to rzeczywiście musimy ją przesłuchać w całości, że przepisać dokładnie treść naszych wypowiedzi, gdzieś postawić znaki przystankowe, być może kontekst uwzględnić, tonację wypowiedzi i tak dalej.

Jeśli poprosimy o to duży model językowy, zrobi to znacznie szybciej, bez przesłuchiwania całego nagrania i jednocześnie będzie mógł nam wszystko streścić szybko, ładnie, łatwo. Oczywiście jest to obarczone pewnym ryzykiem błędu, ale w analizie audio, w przygotowaniu transkrypcji te modele są świetne.

Późniejsza analiza, streszczenie treści, która się pojawiła i na przykład prośba o wychwycenie wątków związanych z teoriami spiskowymi też jest zadaniem, które można temu modelowi zlecić i w efekcie, zamiast odsłuchiwać godzinny albo półtora godzinny podcast przepełniony dezinformacją możemy te zadania zlecić LLM. Więc one są bronią obusieczną. Pozwalają nam jak najbardziej na kreowanie dużej ilości treści dezinformujących ludzi, ale też są narzędziami, które można wykorzystać do zwalczania tej dezinformacji, oczywiście mając pełną świadomość wszystkich ich ograniczeń.

 

Na rządowych stronach internetowych pojawiły się już poradniki, jak nie dać się dezinformacji, zadbać o swoje cyberbezpieczeństwo. W mediach pojawiłaś się też kampania nie bądź trollem, nie udostępniaj dalej nieprawdziwych informacji. Takie działania mają sens?

 

Tak. Przede wszystkim szkalujmy za rozpowszechnianie dezinformacji, tak, bo to jest szkodliwe, to jest szkodliwe dla nas wszystkich. Koniec. Kropka. Nie udawajmy, że to zjawisko nie istnieje, ono istnieje. Jeśli podejmujemy jakiekolwiek działania, żeby z nim walczyć – tak - należy te działania pochwalać. Jasne, zawsze można by było szukać bardziej optymalnych sposobów przeprowadzenia kampanii. Można by było powiedzieć, że ktoś powinien patrzeć na własne podwórko w pierwszej kolejności, ale prowadzona kompania, jest robiona w szczytnym celu. To działanie ma sens. Wspierajmy, a wyciągając wnioski, możemy uwagi jak najbardziej zgłaszać bezpośrednio, nie ma sensu podważać całej kampanii.

O czym należy natomiast pamiętać to to, że rzeczywiście internet, jeśli popatrzymy na historię jego rozwoju, kiedyś był mniej tłoczny. Osoby, które trafiały lata temu do internetu, musiały nauczyć się zachowywać w internecie, ponieważ inaczej dostawały bana i nawet nie miały z kim porozmawiać, więc były w tym internecie zupełnie same, mimo że miały potencjalnie łączność z każdą osobą. Rozwój sieci społecznościowych, rozwój tych wszystkich portali, z których korzystamy obecnie, sprawia, że one stały się takim naturalnym siedliskiem troli. Tam masa osób może po prostu dać upust swoim różnego rodzaju instynktom, żeby pośmiać się z innych, w jakiś sposób szydzić, w jakiś sposób wprowadzać ludzi w błąd i nie spotykają się z żadnymi długofalowymi negatywnymi konsekwencjami.

 

Ale pojawiają się już przykłady działań, że jednak trzeba odpowiedzieć za swoje słowa w internecie.

 

Oczywiście, bo musimy pamiętać o tym, że nasza aktywność w internecie nie znika, nie ginie, ona jest rejestrowana. To, że mamy trollkonto założone na jakieś fałszywe dane, gdzieś wykorzystując jakiś adres mail od dostawcy, który obiecuje, że zapewni nam poufność, nie oznacza, że nie da się zweryfikować, skąd się podłączyliśmy, jak długo byliśmy online, kto odpowiada za określone treści. W internecie pozostawiamy po sobie bardzo dużo śladów. Bardzo ciężko jest się ukryć i nawet jeśli ktoś jest sprawnym trollem, czy nawet sprawnym przestępcą, o czym świadczą ostatnie działania Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, może wpaść. Wcześniej czy później, ale wpada. Nie tylko osoby odpowiadające za fałszywe alarmy bombowe są zatrzymywane, ale też trolle, którzy szkalują innych, mogą zostać znalezieni, zidentyfikowani i pociągnięci do odpowiedzialności za swoje działania.

 

Na koniec, jaką rolę powinna odgrywać nauka? Jaką rolę powinni odgrywać naukowcy w budowaniu tej odporności na dezinformację?

 

W pierwszej kolejności wydaje mi się, że naukowcy powinni zadbać o to, żeby dezinformacji nie powielać. Mam wrażenie, że to jest troszeczkę taka społeczna odpowiedzialność z naszej strony, że powinniśmy w większym stopniu kontrolować rzeczy, które udostępniamy dalej. Nasze wypowiedzi, nasze reakcje na różne rzeczy - powinniśmy być stonowani, rzeczywiście być tymi osobami, które dezinformacji - niezależnie od tematu, którym się zajmujemy - nie powielają, żeby ten autorytet uczelni i nauki budować, a nie podważać. To jest rzecz pierwsza.

Druga rzecz, bądźmy specjalistami w swoich dziedzinach, wypowiadajmy się na tematy, którymi się zajmujemy. Jeśli ktoś by spytał mnie - nie wiem - o kwestie związane z biologią molekularną, powiedziałbym, że nie wiem nic na ten temat i nie będę się na ten temat wypowiadał, bo nie jestem w stanie być specjalistą w każdej dziedzinie.

Dostarczajmy rzetelną, sprawdzoną wiedzę, mając na uwadze również to, że ta wiedza się dezaktualizuje. Dam przykład: zajmuję się cyberbezpieczeństwem. Tak więc jeśli chodzi o cyberbezpieczeństwo, kwestie też walki z różnego rodzaju szkodliwymi informacjami, kiedyś wskazywano, że korzystanie z otwartych, publicznie dostępnych sieci wifi może nieść ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Natomiast rozwój technologiczny, rozwój generalnie tych aplikacji, z których korzystamy, sprawia, że naszą łączność i tak jest szyfrowana, więc korzystanie z publiczne dostępnej sieci wifi nie wpływa negatywnie na nasze bezpieczeństwo, bo nawet jeśli ktoś by podsłuchiwał ten ruch w tej sieci wifi, to będzie widział tylko szum. Łączność jest zaszyfrowana. Mówiliśmy o kłódeczkach przy stronach internetowych. Teraz prędzej kłódeczka zniknie i dostaniemy komunikat, że łączność nie jest bezpieczna na stronie jakiejś instytucji publicznej, która zapomniała odświeżyć certyfikat do tego szyfrowania niezbędny, niż dowiemy się o stronie skanera, który będzie się podszywał pod stronę banku, bo oni o te kłódeczki w 100 procentach zadbają, żeby było wszystko pięknie, idealnie, bo inaczej nie idzie im tak dobrze oszukiwanie ludzi.

Więc skupiajmy się jako naukowcy na tych dziedzinach, w których jesteśmy dobrzy. Nauczmy się też informować ludzi, informować społeczeństwo, popularyzować tę wiedzę, tę naukę, żebyśmy nie byli takim gronem mędrców cmokających mądrze na wieży z kości słoniowej, żebyśmy docierali do ludzi i im tłumaczyli, dlaczego to lub inne zjawisko jest ważne i istotne, ale językiem przystępnym dla wszystkich.

 Skracając, nie siejmy dezinformacji, róbmy swoją robotę, w której jesteśmy dobrzy, nauczymy się komunikować to na zewnątrz w sposób zrozumiały.

dsc05017.jpg

 

Dziękuję bardzo.

Rozmawiała Marta Gawina

 

 

 

Galeria zdjęć

W ramach naszego serwisu www stosujemy pliki cookies zapisywane na urządzeniu użytkownika w celu dostosowania zachowania serwisu do indywidualnych preferencji użytkownika oraz w celach statystycznych. Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej. Więcej informacji można znaleźć w Polityce Prywatności Uniwersytetu w Białymstoku. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie plików cookies, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.