Prof. UwB Daniel Boćkowski: Uniwersytet w Białymstoku to uczelnia młoda, bez kompleksów. W krótkim czasie przeszła drogę, która wielu innym uczelniom zajmowała dziesięciolecia

13.04.2026
prof. Daniel Boćkowski

O życiu w ciekawych czasach i byciu ekspertem medialnym (ponad 3 tysiące wywiadów, opinii, komentarzy itp.), o rozbrajaniu dezinformacji i byciu naukowcem, którego pewność naukowa powoduje, że nie ma pewności, a także o Uniwersytecie w Białymstoku – uczelni bez kompleksów, studiach historycznych oraz o swoich największych pasjach: science fiction i fizyce kwantowej - opowiada dr hab. Daniel Boćkowski, prof. UwB z Wydziału Stosunków Międzynarodowych. - Ja wcale się nie cieszę, że żyjemy w ciekawych czasach, ale pewien model świata się rozpadł. Myśmy wierzyli, że jeżeli zmontujemy coś, co nam odpowiada, to będzie to trwało wiecznie. Tylko to jest kłamstwo. Nigdy nic nie trwa wiecznie.

Czy pamięta Pan moment, w którym po raz pierwszy został Pan poproszony o komentarz medialny?

 

Dr hab. Daniel Boćkowski, prof. UwB, prodziekan ds. rozwoju Wydziału Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu w Białymstoku: O rany, nie, autentycznie nie. Dlatego, że to było - po pierwsze - bardzo dawno, po drugie nie pamiętam, czy to była kwestia jeszcze historyczna, czy już może jakiegoś terroryzmu. A poza tym, ja jestem zwierzę medialne związane z mediami praktycznie od studiów, poprzez kontakty jeszcze z Radiem Białystok. Dzisiaj wszyscy moi znajomi to jest już ta ekipa, którą wszyscy pamiętają bardzo dobrze.

Potem była praca i pisanie dla „Kuriera Porannego”, dla „Gazety Wyborczej”, potem jeszcze na dodatek był taki początek budowania telewizji, były nawet próby zagnania mnie do występowania, czy do prowadzenia audycji na żywo. Gdzieś tam po drodze zrobiłem się z historyka bezpieczniakiem i przyznam się, że nie pamiętam, co było pierwsze: radio czy telewizja. Takim momentem przełomowym rzeczywiście były te wojny prowadzone przez Państwo Islamskie i ten terror, który wtedy wyszedł. I to chyba był taki moment, w którym - że tak powiem – objawiliśmy się światu.

A potem to już z górki, bo jak to zwykle w mediach: jak się ma dobry głos, jak się potrafi szybko zrobić setkę z głowy, jak się mówi tak, że nie trzeba ciąć – to dla każdego dźwiękowca, dla każdego reportera jest się skarbem.

 

Teraz mówimy o ponad 3000 wystąpieniach medialnych. Bez wątpienia jest Pan jednym z najbardziej cenionych ekspertów i jednym z najbardziej rozpoznawalnych naukowców z województwa podlaskiego. Nie ma w zasadzie żadnego większego zdarzenia z zakresu terroryzmu, wojny, bezpieczeństwa międzynarodowego, którego nie jest dane Panu komentować. To satysfakcja, czy wielkie wyzwanie?

 

Satysfakcja - chyba na początku, potem - wielkie wyzwanie. A teraz to chyba nawet „PTSD” - po prostu tego jest za dużo. To przysłowie „obyś żył w ciekawych czasach” spełniło mi się aż z nadmiarem. I zdaję sobie sprawę też z tego, że ten świat zwariował i sztuką nie jest nawet to, że ja coś mówię. Sztuką jest to, aby mówić do określonych ludzi w taki sposób, by po pierwsze im tłumaczyć, a po drugie ich nie straszyć. To jest bardzo trudne, bo najczęściej eksperci lubią takie nastraszanie, lubią podbić tę pałeczkę, a ludzie i tak są w potwornym strachu. Ja to widzę, bo na co dzień ta moja rozpoznawalność przekłada się na ciekawe rzeczy, na ludzi w sklepie spożywczym, na ludzi gdzieś w piekarni, w miejscu gdzie przychodzę, gdzie mnie pytają, czy będzie wojna, czy mamy uciekać, co się z nami dzieje. To widać tutaj w regionie, ale to się przekłada na inne regiony Polski, na sytuację, kiedy ktoś mi się przypatruje w pociągu, czy gdziekolwiek indziej, bo rzeczywiście - albo niestety - ja jestem głównie od straszenia. To jest najbardziej niesamowicie, że jestem głównie od straszenia.

I tutaj może warto dopowiedzieć: jak pogodzić rzetelność naukową z potrzebą szybkiego komentarza w mediach?

Nie da się. To jest sytuacja, w której - jeżeli „na już” musisz komentować coś, o czym nie masz pojęcia, bo się to dzieje w tym momencie - to nie możesz udowadniać ludziom, że wiesz. Wręcz odwrotnie. To, że nie wiesz, to, że wrzucasz kilka możliwych hipotez, to, że pokazujesz, jakie rzeczy działy się wcześniej, co się może dziać, co się nie musi dziać i w jaki sposób narracja może się pojawić - to jest coś, czym rozbrajamy także dezinformację. I moim zdaniem (to co jest też niezwykle ważne), to jest ten moment, w którym od tego, co powiesz, zależy, co się będzie działo dalej. Bo jak straszysz ludzi, to będzie kłopot.

Pamiętam Przewodów. Ja o rakiecie w Przewodowie wiedziałem wcześniej, niż oficjalne komunikaty głosiły, dlatego, że już się wszystko zawaliło i potrzebne były komentarze, a jednocześnie dopiero media mogły informować. Media też wiedziały wcześniej, ale nie można było wejść do określonego momentu z komunikatem. Ja wchodziłem wtedy już z informacjami, które miałem, z informacjami, które miały media i niestety z informacjami, które mieli politycy. I to było takie zderzenie ze ścianą, ponieważ wiadomo było - patrząc na to, co mamy: ten obraz, charakterystyczne leje i różne inne rzeczy - co się mogło wydarzyć. Natomiast już była narracja, dezinformacja i człowiek się przebijał przez to wszystko. Masa ekspertów „na już” miała powiedzieć, kto zaatakował, dlaczego, i co z tego wyniknie. Z dronami było tak samo, bo przecież myśmy mieli 2, 3, 5, 7, 10. Jakie? Uzbrojone, nieuzbrojone? Jaki typ, gdzie lecą? A do dzisiaj je znajdujemy.

I przecież to jest najbardziej niesamowite, że my wtedy nie mieliśmy nie tylko pojęcia: ile, gdzie, bo myśmy nie mieli pojęcia także dlatego, że było embargo na to. Ja do dzisiaj nie wiem, czy nasze służby miały pojęcie, ile ich wleciało dokładnie, czy wiedziały, że gdzieś zaginęły, i w którym momencie, gdzie je można znaleźć. Czy też naprawdę część z nich się na tyle urwała, że je nawet dziś odnajdujemy. To pokazuje, iż po prostu nie byliśmy do końca przygotowani i to nas przesaturowało. Więc trudno w takiej sytuacji wymyślić: kurczę – nie - ja wiem, słuchajcie. Chociaż są tacy, którzy przychodzą i mówią: wiem.

Może dlatego lubią ludzie mnie słuchać, bo ja nie mam problemu ze stwierdzeniem, że po prostu nie mam w tym momencie pojęcia i nie ma tego parcia. Ja nie potrzebuję tego.

dsc00250.jpg

 

I nie mam pewności naukowej.

 

Moja pewność naukowa powoduje, że nie mam pewności. To jest takie zboczenie historyka jeszcze. I dzięki za to, że ta historia sporo mi służyła, bo to jest zawsze krytyka źródła.

 

Teraz chcę wrócić do historii. W 2001 roku rozpoczął Pan pracę na naszej uczelni, przypomnijmy, że jest też Pan absolwentem Filii UW w Białymstoku. Na początku była historia. Skąd taki wybór?

 

Taki wybór wynikał z tego, że nie mogłem sobie pozwolić na parę innych rzeczy. Pamiętajmy: czasy komuny, punktów, preferencji i wielu innych zjawisk, które dziś już są dawno minione, plus realne możliwości tego, na co mnie stać, powodowały, że moje marzenia pierwotne, które skupiały się na archeologii, padły. Po prostu nie mogłem sobie pozwolić na wyjazd do Warszawy choćby dlatego, że jako burżuj nie dostałbym ani jakichś tam akademików, ani różnych innych rzeczy. Koszty były wielkie, a taka wieść od znajomych była, że w Białymstoku jest o tyle fajnie na historii, że tutaj cała „wierchuszka warszawska”, którą wyrzucili, przyjeżdża i uczy. I że my będziemy mieli więcej profesorów niż studenci w Warszawie zobaczą, bo tym profesorom nie wolno na przykład występować albo muszą tutaj dorabiać.

Rzeczywiście, kiedy zjawiliśmy się na historii (notabene to były czasy jeszcze - trudno w to uwierzyć - egzaminów, które trwały prawie tydzień. Jakbym dzisiaj powiedział, że egzaminy były trudniejsze niż dzisiaj zdanie pracy magisterskiej, to nikt by nie uwierzył. Że był egzamin pisemny z historii, egzamin pisemny z języka, egzamin ustny z historii, egzamin z języka, z geografii, z wiedzy o świecie współczesnym i ogromna ilość punktacji, kolejki. Nie dostałem z pierwszego naboru, bo mi zabrakło punktów za pochodzenie, więc dociągnięto mnie w tej drugiej fazie) to ta historia była - ze względu właśnie na ludzi - niesamowita. I niesamowite było to, że tych wszystkich profesorów, których wówczas poznałem, to potem wielu z nich było moimi kolegami po fachu, zarówno tu, jak i w Warszawie, w Polskiej Akademii Nauk. Kiedy kończyłem studia, to wyemigrowałem do Warszawy na studia doktoranckie i tam zobaczyłem, autorów podręczników, z których się uczyliśmy.

dsc00247.jpg

 

Którego profesora wspomina Pan szczególnie z czasów studiów?

 

Z czasów studiów miałem bardzo dobry kontakt z profesorem Stefanem Mellerem. Miałem świetny kontakt - z moim przyjacielem do dzisiaj, akurat to był starożytnik - doktorem Janem Trynkowskim. Wtedy mnie tępił strasznie, egzamin był oj, potworny. Po tym śmieliśmy się, gdy po paru latach spotkaliśmy się i on mówi: no ale wiesz, wyście byli jakimś takim dziwnym rokiem, który zdawał. Ja miałem problem, jak sobie z tym poradzić, bo miałem taki szok poznawczy. Rzeczywiście byliśmy takim trochę szalonym rokiem. Potem oczywiście z naszych tutaj naukowców to był prof. Henryk Ruciński i ta młodsza kadra, która dziś jest już zaawansowaną od profesora Cezarego Kukli zaczynając, plus ich mistrzowie, którzy z kolei tak jak przecież prof. Henryk Samsonowicz czy prof. Janusz Tazbir – gdy wszyscy mówili o podręcznikach, a ja za jakiś czas, kiedy wszystko dobrze poszło, siedziałem z nimi jeszcze w Radzie Naukowej w Instytucie Historii PAN.

To jeszcze dopytam, jak Pan Profesor wspomina życie studenckie?

 

Super! To były inne czasy studenckie. Studiowałem wówczas w naszym wesołym baraku, bo historia potem się przeniosła. Nasza historia pierwotnie była tutaj, na Świerkowej, łącznie z pedagogiką. Blisko było do akademików, więc życie studencko-akademickie było niezwykle aktywne. To raz, a dwa - ja miałem takie szczęście lub nieszczęście (dla mnie to było szczęście) być takim pupilkiem pewnej legendy dziekanatów, czyli pani Rity, która miała jakąś taką słabość do mnie, że ja w czasie studiów mogłem spokojnie wyjeżdżać i do archiwów, i pisać swoją pracę magisterską. Jak ona potem rozliczała mi te delegacje, komu ona je wpinała, to ja nie mam pojęcia, ale byłem w stanie pracować już wówczas i rzeczywiście dzięki niej dużo rzeczy mogłem zrobić.

Oczywiście po skończeniu studiów - zgodnie z ówczesną tradycją - przez jakiś czas wylądowałem na bezrobociu, musiałem się zarejestrować jako bezrobotny, z jakimś takim lekkim prawem do zasiłku, ale ono było takie sobie. No i wtedy co zrobiła nasza kochana Rita? Wbijała mi jeszcze pieczątki do legitymacji studenckiej, żebym miał ulgę, żeby móc jeździć do Warszawy. Mogłem wtedy liczyć na dłuższe spotkania z profesorami, w tym ze ś.p. prof. Tomaszem  Strzemboszem. Wtedy wbicie się na studia doktoranckie i to jeszcze na zasadzie takiej, że - no gdzie - przyjedzie ktoś z Białegostoku i dostanie się do Polskiej Akademii Nauk na studia doktoranckie, zresztą pierwsze, które uruchomiono. Okazało się, że jednak jakimś cudem mi się to udało. No i wtedy zniknąłem z Białegostoku, jeszcze tutaj były kwestie współpracy, wtedy z rektorem prof. Władysławem Serczykiem, różnych innych rzeczy, więc to nie tak, że całkowicie przypadłem, ale była Polska Akademia Nauk i potem dopiero z Polskiej Akademii Nauk z powrotem zaproszenie, żebym tu wrócił. To było w ten sposób.

 

Jak zmienił się Uniwersytet w Białymstoku od momentu, kiedy rozpoczął Pan tu pracę?

 

Absolutnie, całkowicie, w ogóle tego nie da się opisać. To znaczy, ja jeszcze mam oficjalnie dyplom Uniwersytetu Warszawskiego. Ci, którzy pamiętają, jak wyglądał nasz wesoły barak na Świerkowej i wiedzą jak wówczas wyglądały warunki studiowania. Kiedy już przenieśli Wydział, czy Instytut, a potem Wydział na Plac NZS, kiedy rozpadał się system, kiedy, że tak powiem, szturmowaliśmy Komitet Wojewódzki, kiedy były te wszystkie protesty, no to już było wielkie znaczenie, to już była wielka zmiana. Po tym jak zniknąłem, to rzeczywiście tego momentu przełomowego powstania Uniwersytetu nie zobaczyłem.

Wróciłem już wtedy, kiedy było post factum. I utknąłem w tym naszym budynku, który teraz oddajemy, w którym odbyła się historia tak naprawdę naszej uczelni. Ja pamiętam zmiany, które następowały na Skłodowskiej. Ja pamiętam te graffiti Uniwersytetu Warszawskiego, pamiętam jak wyglądał "ONZ" w czasach studenckich. Jeszcze byłem prezesem PTTK akademickiego, więc też byłem związany tutaj mocno. To wszystko na moich oczach się zmieniało, więc dzisiaj, kiedy jestem na kampusie, kiedy widzę, od czego zaczynaliśmy i w jakich warunkach zaczynaliśmy i to, co teraz jest, jak jest, nawet ta cała technologia, dzięki której uczę studentów i to, jak możemy właśnie docierać do ludzi, to w ogóle jest inny świat.

To jest uczelnia, która w krótkim czasie przeszła drogę, która wielu innym uczelniom zajmowała dziesięciolecia więcej. I tak naprawdę chyba, kiedy tworzono filię UW, kiedy zakładano tutaj kilka instytutów, to myślę, że Warszawa nie spodziewała się tego, że będziemy tu, gdzie będziemy. A może się okazać za jakiś czas, prawda, że współczesne stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie okażą się jednymi z najlepszych w Polsce i wtedy - powiemy w Warszawie: no zobaczcie, jesteśmy sobie równi.

 

Na to absolutnie czekamy.

Oj tak, czekamy.

Co wyróżnia naszą uczelnię na tle innych uczelni w kraju i zagranicą?

Przede wszystkim to, że ona działa w specyficznym miejscu. To jest Uniwersytet wielokulturowy. Ta wielokulturowość jest tu całkowicie naturalna, wieloetniczność wielokulturowość. To jest coś, co zauważają przyjeżdżający z zewnątrz. Dla nas jest to oczywiste. Ale to, że dla nas jest oczywiste, przekłada się także na naszą umiejętność patrzenia na świat i rozwiązywania problemów.

To zawsze było specyficzne miejsce, zawsze trzeba było trochę pokombinować, zawsze byliśmy gdzieś skraja, zawsze wszędzie indziej szła ta pomoc, szło to wsparcie. Nauczyliśmy się po prostu radzić sobie i jesteśmy inaczej otwarci. To znaczy studenci, którzy tu są, to są z jednej strony studenci, którzy też musieli odbyć ciężką drogę z naszego regionu, bo nie jest łatwo kończyć szkoły, nie jest łatwo ogarnąć wszystko. Nie jest łatwo studiować w Białymstoku, także dlatego, że my nie patrzymy na koszty, ale nasze koszty w mieście też nie są takie proste.

To, że otworzyliśmy się na zagranicę, to, że tutaj przez lata przyjeżdżało bardzo wielu studentów, mieliśmy świetny Erasmus, to ludzie byli zachwyceni tym gdzie byli, jak blisko było natury, jak blisko było takiego zupełnie innego świata: i kulinarnego, i kulturowego, i językowego.

Dzisiaj wojna spowodowała, że tych Erasmusów jest mniej siłą rzeczy, no bo ludzie się boją, a szkoda. Bo ta wartość, właśnie tej otwartości tutaj jest bezcenna i my dajemy studentom, którzy nie widzieli tego, takie okno na świat pogranicza, takie prawdziwe pogranicze, które chyba w Europie już powoli zanika.

Nie jest tak łatwo, poza tym jesteśmy uczelnią, która z racji tego, że jest młoda, chyba nie ma żadnych kompleksów i to jest najfajniejsze, że po prostu nie ma kompleksów.

To jest na zasadzie: co, nie da się zrobić? Jak zaczynaliśmy z tymi wszystkimi projektami, które teraz są, różnymi dronowymi i tak dalej, to z moimi kolegami powiedzieliśmy naszemu rektorowi: „jak wypuścisz Krakena” tak będzie. No i jest.

 

Czego o profesorze Danielu Boćkowskim większość studentów jeszcze nie wie?

 

O rany, czego nie wie? Myślę, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że jestem absolutnym i kompletnym fanem science fiction wszelkiej formy, wszelkiej - jaka tylko istnieje, od filmów poprzez różnego rodzaju książki, nie-książki. Mało kto chyba wie, że kocham specyficzną miłością fizykę kwantową. Wykorzystuje ją tak naprawdę - choć sama fizyka, jako taka, ze względu na to, że jestem wzorowe antytalencie do wzorów, była mi trudna do opanowania, tak jak i matematyka. Natomiast fizyka jako zjawisko, jako pewne problemy, zwłaszcza fizyka- kosmologa, fizyka wszechświata, no to są moje pasje. Tak więc, trochę szerzej patrzę na świat - można tak to powiedzieć.

 

Ulubione filmy science fiction?

To wszystko zależy od kiedy. Powiedzmy sobie szczerze, pamiętam tę pierwszą wersję „Wojny światów”. Oglądałem ją, wychowałem się także między innymi na „Kosmosie 1999”, którego praktycznie mało kto już pamięta. Współcześnie bardzo mi się podobał „Solaris” ze względu na specyfikę i nasze tutaj wizje. Podobał mi się pierwotny zamysł „Fundacji”, bo ja „Fundację” czytałem jak byłem dziecięciem. Tak samo z fantasy, to przeczytałem wiadomo „Władcę pierścieni”, ale ja „Władcę pierścieni” przeczytałem całego mniej więcej w czwartej klasie podstawówki. Pasja doprowadziła nawet do tego, że jako dziecięcie opublikowałem sobie artykuł w czymś, co dzisiaj już mało kto zna, czyli w „Świecie młodych”. Tam była taka strona dotycząca między innymi astronomii, astrofizyki i innych takich rzeczy. Więc to też było takim moim konikiem i chyba zostało do dzisiaj. Świat i wszechświat łączą się razem.

 

Obecnie kieruje Pan Profesor Zakładem Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Stosunków Międzynarodowych. Dlatego pytam eksperta: czy żyjemy obecnie w bardziej niebezpiecznych czasach niż np. 20–30 lat temu? I czy ekspert może powiedzieć, co nas czeka za kolejnych 10 lat w tym temacie?

 

My żyjemy w całkowicie innych czasach. Czy one są bardziej niebezpieczne? One są bardziej nieprzewidywalne, a nieprzewidywalność powoduje, że trudno nam ocenić potencjalne zagrożenia. Żyjemy w świecie, który się całkowicie zmienia. To jest niesamowite. Ja to mówię, zawsze moim studentom: słuchajcie, ja wiem, że wy macie tego wszystkiego dość, ale żyjecie w takim momencie tej historii, której miało nie być, która potem będzie bardzo dokładnie opisywana w podręcznikach. I za 30 lat, jeżeli gdzieś, ktoś z waszych dzieci będzie się uczyć, to będzie zwracał na to uwagę, a wy jesteście tego świadkami.

Ja wcale się nie cieszę, że żyjemy w ciekawych czasach, ale pewien model świata się rozpadł. Rozpadł się w sposób nieunikniony albo się wyczerpał. Tak naprawdę myśmy wierzyli, że jeżeli zmontujemy coś, co nam odpowiada, to będzie trwało wiecznie. Tylko to jest kłamstwo. Nigdy nic nie trwa wiecznie.

Natomiast - a zwłaszcza jeśli się o to nie dba - nawet najładniejszy zamek, jak nie będzie się o niego dbało, rozpadnie się. I właśnie pewna konstrukcja się nam rozpada. Jaka będzie nowa? Nikt nie wie, dlatego, że tak naprawdę globalizacja przyspieszyła pewne zjawiska. I globalizacja wcale nie uczyniła nas mądrzejszymi. Raczej po raz pierwszy zetknęliśmy się na masowy sposób z innymi światami i kompletnie wszyscy razem siebie nie rozumiemy. I to widać, bo my nie rozumiemy Afryki, bo nas to nigdy nie interesowało. Afryka nie rozumie nas, mimo, że tu jest i wiąże sobie z naszym obszarem przyszłość, bo w Afryce nie ma przyszłości. Nie ma przyszłości, dlatego, że nikt nigdy nie przejmował się Afryką, żeby jej tę przyszłość stworzyć.

Nie rozumiemy Bliskiego Wschodu, bo nie rozumiemy jego kulturowo, a nie rozumiemy kulturowo z kolei, bo wszędzie wszystko upraszczamy. I to powoduje, że znowu pojawiają się oczywiste konflikty. Nie rozumiemy Azji, bo Azja jest inna. Azja myśli inaczej, widzi inaczej, ma inne wzorce. W Azji nie było Arystotelesa, nie było prawa rzymskiego, nie było różnego rodzaju chrześcijaństwa i różnych innych rzeczy. Więc nie możemy zakładać, że skoro to są nasze wzorce, to one są uniwersalne, a byliśmy przez długi czas zbyt pewni siebie, uważając, że Europa jest centrum świata. Tylko to zależy od tego, kto rysuje mapę. Ja zawsze pokazuję studentom mapę świata narysowaną przez Chińczyków no i wtedy Europa, no cóż, jest na tak zwanym zadupiu.

 

Jest małym punktem…

 

Dokładnie i kompletnie. Jeżeli popatrzymy na to, jak wygląda świat z punktu widzenia Państwa Środka, to zrozumiemy, dlaczego to państwo także opisywało się Państwem Środka i gdzie wtedy jest ta Europa, która uważa się za pępek świata.

dsc00369.jpg

 

Tę rozmowę chciałabym zakończyć naukowo. Panie profesorze, jak dziś buduje się autorytet naukowca w przestrzeni publicznej?

 

Czy ja wiem, jak się buduje? Ja wiem, jak ja go buduję, bowiem dzisiaj naukowiec stał się takim wytrychem z jednej strony - prawda - nadal ja wszystko wiem. Z drugiej strony przyznawanie się do błędów jest takie passe, tak jakby nauka nie była poszukiwaniem i permanentnym sprawdzaniem, czy ma się rację. Nie wiem, dlaczego przyjęło się, że mówienie: nie wiem, nie potrafię tego powiedzieć, nie rozumiem, jest czymś, co źle świadczy o naukowcu.

Ja uważam, że naukowiec, który mówi: nie wiem, nie potrafię tego określić, mogę postawić pewną hipotezę, ale jak to będzie wyglądało, to dopiero zobaczymy - jest dopiero naukowcem. Jeżeli ja wiem, a jest inaczej, no to znaczy, że nic nie wiem. Bo taka jest prawda i chyba to jest najtrudniejsze. Bo my żądamy dzisiaj - zresztą cała nasza koncepcja w ogóle rozwoju nauki i tak dalej żąda wyników. Nie żąda pewnych konceptów, pewnych pomysłów, żąda wyników. Wszystkie programy, wszystkie granty, wszystko jest nastawione na odpowiedź, na wynik, a nauka to jest permanentne poszukiwanie. Kiedy mówimy o świecie, o bezpieczeństwie, to jest to permanentna zmiana - mało tego - zmiana, którą dostrzeżemy dopiero po pewnym czasie. A kiedy mówimy na przykład, że jest tyle i tyle zmiennych, no to wszyscy chcą łatwej odpowiedzi. W mediach też. W mediach chcą, żeby mądra głowa - prawda - pan profesor powiedziała, jak jest. Niczym u Mrożka i w parę innych miejscach.

 

I najlepiej przewidziała przyszłość, co będzie…

 

Oj tak, najlepiej żeby przewidziała przyszłość i powiedziała to, co się wydarzy. Albo najfajniejsze: coś wybuchło. Niech pan powie, co wybuchło, dlaczego wybuchło i kto to zrobił? No sam chciałbym wiedzieć, może będę wiedział.

 

A dlaczego ludzie chętniej czasami wierzą influencerom niż naukowcom?

 

Dlatego, że influencer nie ma problemów z mówieniem co chce, a prawdziwy naukowiec ma ten problem, że jeśli odpowiada za swoje słowa, to jemu to „wiem, że nic nie wiem” powinno się zapalać co chwila. I może dlatego bardzo lubię między innymi kosmologię, jakąś taką właśnie fizykę relatywistyczną, bo tam, po prostu, nikt nic nie wie. Wszystkim się wydaje, że mniej więcej coś wie, a każda teza może być obalona w dowolnej chwili. Każda koncepcja może być obalona przez inną koncepcję. I wszyscy mówią: no i fajnie, dobra, to teraz wymyśliliśmy to. A czy to działa? A kurczę, nie mamy pojęcia, bo nie jesteśmy w stanie tego zmierzyć, my dopiero zakładamy, że coś działa. Pogadamy z matematykami, żeby zrobić modele, a potem okazuje się, że no myśmy zrobili modele, a wszechświat mówi: o nie nie, nic z tego robaczki. Ja mam swój własny pomysł na życie.

Więc influencer powie wszystko, co chcemy, influencer przede wszystkim mówi to, co ludzie chcą usłyszeć. I to jest najgroźniejsze. Naukowiec nie może mówić tego, co ludzie chcą usłyszeć, bo nie do tego służy. Ale ludzie nie chcą słuchać rzeczy, które są trudne, ponieważ trudne rzeczy zmuszają do refleksji, a dzisiaj świat pędzi do przodu i w zasadzie liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Nawet media żyją na 4 godziny do przodu, a co dopiero zastanowić się, co będzie za miesiąc, za dwa, za rok albo wymyślić kilka opcji. Wyobraźmy sobie newsa pod tytułem: Szanowni Państwo, właśnie mieliśmy do czynienia z wybuchem. Prawdopodobnie było to, ale to, a może być to, ale może być to, ale my jeszcze nic nie wiemy, jak się dowiemy, to państwu powiemy. Ciekawe jak szybko ekipa, która zmontowałaby takiego newsa, wyleciałaby rysować pogodę.

 

Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Rozmawiała Marta Gawina/Dział Promocji

Realizacja i zdjęcia Piotr Duniewski/Dział Promocji

Galeria zdjęć

W ramach naszego serwisu www stosujemy pliki cookies zapisywane na urządzeniu użytkownika w celu dostosowania zachowania serwisu do indywidualnych preferencji użytkownika oraz w celach statystycznych. Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej. Więcej informacji można znaleźć w Polityce Prywatności Uniwersytetu w Białymstoku. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie plików cookies, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.